Friday, 18 December 2009

Po drodze do Mitspe Ramon

Poranek, Jom Rishon (niedziela), mój rutynowy autostop ze Sde Avraham do szkoły w Mitspe Ramon. Uwielbiam tę trasę pustynną. 120 km, niewiele miejscowości po drodze, no i każdy zakręt znam już na pamięć. Wpierw mijam moszawy, nowe osiedla religijne dla byłych mieszkańców strefy Gazy, następnie robi się coraz rzadziej - pojedyńcze kibuce pośrodku pustyni, baza wojskowa, pustynia i pustynia używania do ćwiczeń wojskowych, ruiny starożytne może?, beduińska metropolia składanych domków, coraz więcej gór, cudny kibuc Sde Boker, znów baza wojskowa, pojedyńcze farmy i winnice, więzienie, wędrowne pasterki beduińskie ze stadami, kolejna baza wojskowa, i już prawie w domu, i Mitspe Ramon!
Nie ma wielkiego ruchu na drodze, ale gdy ktoś się już zatrzyma, to mogę spodziewać się miłej konwersacji po hebrajsku, rosyjsku, angielsku, a nawet francusku... Albo że spotkam kogoś znajomego lub kogoś, kto nie pierwszy raz podwozi mnie na tej trasie. Wiele niespodzianek może się wydarzyć, a także i przygód. Podwożą mnie lokalni rolnicy, tirowcy, pracownicy armii, hipisi, rodzinki.
Raz po długim wyczekiwaniu wspólnie z kolegą ze szkoły zatrzymał się na głównej trasie taksówkarz. Podwiózł nas do samej szkoły luksusową taryfą, acz... bezpłatnie. Jak by tego było mało, całą drogę dawał nam wykład o etymologii słów hebrajskich i połączeniu wszystkiego ze wszystkim.
Innym razem zabrał mnie na stopa swoim oldskulowym autem Tal, kolega ze szkoły. Towarzyszyłam mu w szukaniu mieszkania tuż przed Mitspe Ramon. W końcu wybrał bardzo ciekawą opcję- przyczepę u Alona, który robi cegły z gliny ...wśród nieczynnych oraz czynnych fabryk kamieni. Nad samym kraterem ze wspaniałym widokiem, pośród industrialnej przestrzeni schowany jest maleńki domek typu beduińskiego i manufaktura cegieł glinianych - widok zaskakujący.
Ale najpiękniejsza przygoda spotkała mnie o poranku, chyba w okolicy Gvulot zatrzymał się chłopak, który miał dużo czasu, bo właśnie skończył pracę roznosiciela gazet o świcie. Zaproponował mi zwiedzenie ruin na środku pustyni. Czułam, że mogę mu zaufać, więc się zgodziłam. Znał dobrze pustynne drogi, bo odbywał tam swoją służbę wojskową. Choć mogły nas zaskoczyć o tej porze tygodnia ćwiczenia wojskowe, zaryzykowaliśmy. Mój kierowca okazał się świetnym przewodnikiem pustynnym, a także znawcą ptaków i drzew.



KursywaStarożytne ruiny między Zeelim i Revivim



Jeszcze dziś zdarzają się nowe budowle z kamieni- niezawodnego budulca, ale to ciężka praca! Te na zdjęciu mogą być całkiem stare.


Mój niezapomniany autostopowy przewodnik

Ukojeni spokojem pustyni ruszyliśmy dalej, każdy swoją drogą.
Choć nieszczególnie przepadam za samotnym autostopowaniem, to jednak na tej trasie czuje się pewnie i swojsko. Lubię to, że w mojej tygodniowej rutynie mam ten moment niepewności, niespodzianek i przygód, a z praktycznego punktu widzenia najlepszą okazję do ćwiczenia mowy hebrajskiej.


A teraz coś z zupełnie z innej beczki. Kilka zdjęć Filipa - Mitspe Ramon oczami bądź też obiektywami poptocia:






Każdy pierwszy dzień tygodnia pracy, ten sam widok- Mitspe "najechane" przez tabuny żołnierzy, którzy robią tu przystanek w drodze do baz po weekendzie. Czas przychodu dla nielicznych sklepów i falafiarni.



Oryginalna archtektura


pustynny design naszej "metropolii"



Aż w końcu droga w dół z Mitspe Ramon, które siedzi na krawędzi największego krakteru- Machtesz Ramon



Niekończący się widok na krater

we believe we can fly

I tyle w skrócie mojej drogi i widoczków Mitspe Ramonowych. Same miasto piszczy trochę biedą- bezrobotni ludzie wszelkich maści, olim chadaszim z Rosji, olim zakenim z Etiopii, przybysze z Afryki, Azji; skupia w sobie najprzeróżniejszych artystów, poszukiwaczy cichego życia. Tutaj pieniędzy się nie robi, najwyżej wydaje w zawyżających ceny sklepach, ale żyję się pięknie z takim widokiem na pustynię i z kamieniami, kolorowymi piaskami, które spotykają Cię tuż po kilku krokach za miasteczkiem...

Po trzech dniach tańczenia w Mitspe Ramon wracam wieczornym autobusem. Gdy spóźnię się na ostatni transport do moszawu z Beer Shevy, w zakurzonym mieście też czekają mnie niespodzianki, jak na przykład niesamowite miejsca twórcze znajomych ze szkoły.

Loop station
Otomańskie wpływy, stare miasto Beer Shevy



Sunday, 29 November 2009

Adama Dance

Parę fotek z ręki wykonanych podczas spektaklu tanecznego.
Performują nasi nauczyciele, członkowie Adama Dance Company:



















Więcej informacji, co gdzie dlaczego: www.adama.org.il

Friday, 30 October 2009

Kol hatchalot kaszot


Czołem

Długo nic nie pisali, bo ich pustynne piaski powciągały. I dopiero w pierwszy szabat dało radę się jakoś wygrzebać. Od tygodnia pracujemy nad glinianą podłogą w naszym namiocie.













Początki glinianej podłogi w namiocie...
i parę dni...może tygodni później







Później zajmiemy się umeblowaniem, łóżka półki kuchenne etc.
Namiot wojskowy made in the US. 50 m2. Jest, co urządzać. Wczoraj wieczorem położyliśmy ostatni fragment podłogi. Czekamy aż przeschnie a potem jeszcze dodatkowa warstwa oleju i terpentyny. Namiot będzie miał wodę, prąd i może internet J Na tą chwilę mieszkamy z Igalem, Anat i ich córeczką Alin w przyczepie, jak to oni nazywają. Jest to uniwersalny mieszkalny barak, jakich w okolicznych moszawach sporo. 40 mkw, łazienka, kuchnia 2 pokoje.


Anat i ja przed domem-"przyczepą". Pierwsza noc. Krótki rękawek...



W środku, kuchnia


Na razie śpimy w pokoju gościnnym, który jest przy okazji garderobą i pracownią komputerową. Kiedy już wprowadzimy się do namiotu i kiedy zakończą się prace z nim związane zaczynamy budowę domu Yigala. 140 mkw, 1 piętro, gliniane cegły (kilka tyś. sztuk). W tygodniu byliśmy u znajomego cieśli, który zrobił dla nas piękne formy do cegieł w dwóch rozmiarach. Większe przeznaczone na ściany zewnętrzne, mniejsze na wewnętrzne.



Widok przed... -6 stopni, Monachium

Droga minęła nie najgorzej, w Monachium wysiedliśmy na obrzeżach, koło Aliantz Arena, a potem jednokierunkową(!) ścieżką rowerową prosto do centrum.

Na lotnisku relaks, pszeniczne piwko i niemiecka czekolada. Wszystko było super, aż do momentu odprawy, kiedy okazało się, że nie możemy wejść na pokład, jeśli mamy bilet tylko w jedną stronę. Trochę się spociliśmy, a jedyną opcją było kupienie biletu powrotnego. No to kupiliśmy. Na styczeń, teraz kombinujemy, żeby go przebukować na połowę lipca. W Tel Avivie byliśmy przed północą. Gorąco było piekelnie(22 st o 4 rano) (w Munchen 6 st.). Znowu przygody, bo do miasta można było się dostać tylko pociągiem o tej porze, ale jeśli pasażer życzy sobie transportować rower musi go opakować, a ja [Filip] właśnie dopiero, co wyrzuciłem prześcieradła, którymi owinęliśmy rowery do samolotu. Olga szukała pomocy u pani sprzątaczki:

Hebrajski wyparował mi z głowy momentalnie... za drugim podejściem spróbowałam rosyjskiego, i jak znalazł pani sprzątająca w końcu mnie zrozumiała. Ale prześcieradeł już nie było, wciągnęło je do maszyny na śmieci. Dostałam potajemnie kilka worków plastikowych od pomocnej pani. Na 5 minut przed odjazdem pociągu przy pomocy żołnierza i pani kolejowej omotaliśmy rowery, sama prowizorka. W pustym pociągu o 3 nad ranem nikt nie zważał na nas i na nasze rowery. Tak samo, gdy przy zamkniętych bramkach dworcowych wyczynialiśmy akrobacje, żeby przenieść je, a potem osobno bagaże na drugą stronę...

Tel Aviv jeszcze się bawił, jechaliśmy chodnikiem w stronę morza, zatrzymaliśmy się w przed nocnym marketem, żeby coś dokupić na babciowy chleb. Nad nami latały nietoperze większe od gołębi. Potem posiłek na plaży, i poszukiwania noclegu. Znalazł się w końcu zakątek z widokiem na Jaffe, przypomniał się „Nawrócony w Jaffie” Hłaski, którego czytałem we Francji. Na naszym upatrzonym miejscu już ktoś spał, rozłożyliśmy się niedaleko i sen szybko nas dogonił. O poranku morze biło w brzeg białymi falami, serferzy powoli rozciągali mięsnie na plaży i jeden po drugim wchodzili do wody. Kosmiczna kąpiel, cudowny poranek.



Wyrównaj do prawej


Monday, 28 September 2009

to mistake is the best school

Cześć! Shalom
Welcome again!

Finally I feel the right moment for some updates. Maybe I waited for my recent project to be finished... but it didn't happen. The oven rose up and naturally "died" without giving any breads... Ohh it's hard to speak about project that failed. But lama lo? - Why not? It's one more experience. So I want to share nice pictures and a comment on what is good to take into consideration with organic projects like that.

Let's start from the beggining:

The soil test

The top layer is clay. The jar from the left is more clayy. The clay we use was stored near the house.




The photograper - Asia
...

and her favourite topics:


DOGS & OUR BEHINDS












Good fundation! Little hole filled with stones and gravel for drenage.






Dorota fill the space between the stones with the sand

And here is a nice picture. But... it also shows the first from our mistakes. We started to build in October 2007. In Poland it means not much chance for things to dry...

The other problem - the stones we put for the base. Soon we found out that it's not easy to shape them in a way that they keep themself as we want. There are few other possibilieties to make it easier and more stable with building first the frame and filling it after with some rubble. The frame could be made of the bricks or the stones (more patience demanded to put the stones fine and glue them with the mortar). And the easiest to use the ready frame f.ex. a tracktor tire.





We need to stabilized the stones with a clay mortar (sand mixed with clay)


Funtime


Help of Jędrzej, Mixing the clay

with a mixer borrowed from a nice neighbour


Tired uff...

The other thing I learned: it is not worth to put too much effort to make things perfect if you don't have enough means for it. Basiclly we worked only two to build the oven and in the beggining we stuck with the foundation. It took too much energy. It's ok to build the oven close to the ground, if it's only protected from the humidity. The reason to build high up oven is just to make it more comforatble for use and make it looks more.. serious maybe ;)



Insolation layer made from the beer bottles



Bentonite scrath - 0ur invention (use what you already have in the back of your house)





Aluminium foil for radiating the heat




Time for drying

The sun doesn't even get here. The trees and the forrest surround the spot from the south and the east. We use our creativity to dry the oven and first of all to have fun :)



Half sphere from the wet sand on the top of the fired-proved bricks paltform




The door issue





Covering the sand frame with the paper




Covering the frame with cob and with good expressions





Again our creativity of drying the matter


What is not on the pictures: We took out the sand frame and fired few times the oven to make it dry from the inside. It looked pretty good and strong inside though not perfectly dry from the outside. For the winter time we put set up a big tarp above the oven on the wooden stelage. However the long Polish winter had no mercy for the oven. The trap was blown away few times and everything became wet. Finally it collapsed. The big input brought a huge ants which found our oven a perfect place to squat.


But we never give up. As soon as the longer days started in June 2008 we started again with the upper part of the oven. First we struggeled with the ants and had to took apart the bottom layers of the oven. We had more helpers with the building this time. It went fast. We took away the jelly mass of the bentonite as we decided to use sand which is more familiar.



Putting bottles insolation glued with the clay mortar



Women in action




Cob dance and talks



This is one of the oven's last photos. We built nice frame for the sand which is another insolation barrier. We forgot about in the first version of the oven.
And than... nothing more happend. The chief builders: me and Dorota went for a job abroad. And lot of other things happened meanwhile. We had no possibility to continue the oven at that time. Finally in the early spring 2009 a father of Dorota took down the oven because it didn't seem that we will continue it very soon. He is planning to use the fire-proved brics to build a smoke oven...

It's a shame that we couldn't taste any bread of our energy and work put in this project. But I don't regret. It's a good experience and esson. I am sure it will sprout with new ideas and projects with more knowledge.